niedziela, 23 lutego 2014

od Variousa

Nadeszła pora treningu ostatcznego. W końcu za niecałe 7 godzin odbędą się zawody bardzo wysokoej rangi. Pan Marek wyciągnął mnie z boksu i wyczyścił. Potem podszedł do mnie dżokej i osiodłał mnie. Wyszliśmy na tor a potem owy dżokej na mnie wsiadł. Kopyta mi się paliły do biegu. Miałem ochotę przecwałować cały tor.
Zaprowadzili mnie do bramiki startowej a kiedy drzwiczkie się otworzyły nie czekając na znak dżokeja wypaliłem do przodu. Dżsokej nie próbował nade mną panować. Dał mi luźne wodzę a ja pędziłem najszybciej jak tylko moje nogi zdołały nadążyć. Czułem silne uderzenia mojego serca. Siła moich nóg wprzedzała pracę mięśni. Moje nogi bezmyślnie i z dużą siłą wychodziły do przodu. Niemyślałem o biegu tylko wsłuchiwałem się w rytm bijącego z dużą siłą serca. Do moich uszu dopłynął jeszcze jeden ten sam rytmiczne dźwięk ale dużo słabszy od mojego.
Nagle dżokej szarpnął za wodze. Spojrzałem przed siebię wyrywając się z zamyślenia. Był ostry zakręt. Cichy dźwięk serca w mojego grzbietu zaczęło bić bardzo cicho. Moje serce za to było sparaliżowane. Skręciłem głową ale to była już za duża prędkość. Zobaczyłem konia który nas wymijał. To był pan Marek na Duchu.
-Zwolnij! Wpadniecie na siatkę! Zabijesz się! - zawołał pan Marek. Dżokej próbował nadal skręcić. Nagle Duch zrobił coś nieoczekiwanego. Zajechał mi drogę. Gwałtownie stanąłem ale i tak uderzyłem o Ducha a dżokej wypadł z siodła i uderzył w Ducha. Duch przewrócił się na ziemię.


(Duch?)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz