wtorek, 2 kwietnia 2013

Od Sonato

 Stałem w boksie. Mój boks był ponury i ciemny, ustawiony w najdalszym kącie stajni. Najbliżej mojego boksu mieli boksy Charlie i Mirable. Wszystkie konie poszły na pastwisko. Dały włożyć sobie głowę w kantar i zaprowadzić na pastwisko. Jedynie Elektor, Amalia i Aviator stawiali opór. Nigdy nie lubiłem żadnego konia, ale gdy patrzyłem na tę trójkę i ich próby atakowania ludzi, nawet się lekko uśmiechnąłem. Chcą zobaczyć mistrza w akcji? Ok, nie mam nic przeciwko. Teraz przyszła moja kolej. Ludzie już szli do mojego boksu. Stanąłem dęba. Kilku się cofnęło. Dobrze wam tak, drżyjcie na mój widok! Otworzyli boks. Położyłem po sobie uszy i zarzuciłem głową. Dopiero teraz zauważyłem, że nie mają kantara, ale linę. Linę z pętlą na końcu. Czyli znowu liny będą się zaciskały wokół mojej szyi. Skoro mam cierpieć, to będę cierpiał z honorem. Uniosłem ostrzegawczo tylne kopyto. Niech bliżej nie podchodzą! Zarzucili pętle. Zrobiłem unik, ale i tak w końcu lina zacisnęła się na mojej szyi. Stanąłem dęba. Jeden człowiek upadł, ale zaraz zacisnęła się na mojej szyi następna pętla. I kolejna, jeszcze jedna... Już dość! Wybiegłem z boksu ciągnąc za sobą ludzi. Konie na pastwisku spojrzały zaciekawione w moją stronę. Zatrzymałem się. Ludzie korzystając z okazji stanęli na nogach. Właśnie o to mi chodziło! Stanąłem dęba. Ci, którzy byli najbliżej upadli. Dodatkowo wierzgnąłem. Podszedłem bliżej ogrodzenia. Zdjęli pośpiesznie pętle z mojej szyi i otworzyli wybieg. Wbiegłem na niego. Konie na mnie patrzyły. Zarzuciłem łbem i stanąłem dęba. Pognałem po pastwisku między końmi brykając. Konie schodziły mi z drogi. W końcu wolność! No prawie, nie licząc ogrodzenia. Po tygodniach spędzonych w ponurym boksie wyszedłem na pastwisko. Po kilku minutach zwolniłem do szybkiego kłusa. Znów bryknąłem i zarżałem. Zatrzymałem się na chwilę i znów zacząłem pędzić cwałem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz