Szedłem cichą polaną.Drzewa lekko szumiały,a zapach drzew unosił się w powietrzu.Byłem na przejażdżce.Na moim grzbiecie siedział dumny pan Jakub.Był z siebie dumny że mógł mnie dosiąść.W końcu byłem championem.Potomkiem Secretariata.Ach te czasy kiedy widziałem jak galopuję.Wziąłem się w garść jak ogier,stanąłem dęba i ruszyłam tak szybko że tylko prawdziwy mistrz mógł mnie dogonić.Podczas tego nie mogłem zapomnieć o życiu w tamtej stajni.Miałem tak swoją dziewczynę.Kochałem ją.To była piękna arabska klacz o siwej maści.A teraz los musiał nas rozdzielić.Nie mogłem się po tym wspomnieniu opanować.Wpadłem w szaleńczy galop.Po minucie galop przerodził się w cwał.Cwałowałem tak szybko że nie widziałem dokładnie gdzie biegnę.Z góry dobiegały piski orłów a zza krzaków widać było dzikie zwierzęta,uciekające przed zdeptaniem.Słyszałem teraz tylko moją kochaną Rovenę która do mnie powtarza:
-Nie zapomnij o mnie!
Opanowałem się ale dżokej nie mógł już wytrzymać i spadł.Stanąłem dęba o mało co się nie przewracając.
Odwróciłem się i zobaczyłem klacz.Pobiegłem do niej i zapytałem:
-Jak się nazywasz?
Ona zamiast uciec lekko obniżyła głowę i odpowiedziała mi:
-Praga a ty?
Zabrakło mi słów.Dżokej biegł do mnie.Teraz popatrzałem na Pragę i odpowiedziałem:
-Various
Uśmiechnęła się i poszła przed siebie.Ja nie miałem wyboru.Dżokej na mnie wsiadł i znowu pobiegłem ale tym razem do stadniny Championów.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz