Pasałam się na łące zastanawiając się co stanie się z okrutnymi handlarzami, którzy wykorzystali Karuzo i 400.. Właściwie to teraz ma imię, ale nie pamiętam jakie. Nagle podbiegła do mnie Kanada i Jaskier.
- Cześć! Nie powinniście mieć teraz treningu, z panem Markiem?
- Nie, odwołali nam.
- Czyli macie wolne..
- Co jak co, wy sobie gadajcie, jak to baby. Ja pobiegam ze szczęścia!
- Jaskier czekaj! Ja też idę!
I pobiegli. Poszłam do płotu, bo można wystawić za niego głowę i tam jest świeża trawa, nie koszona. Po jakimś czasie zauważyłam że inne konie sobie poszły i już miałam ruszyć i nagle poczułam zaciskające się coś na mojej szyi. To sznur! Nikt ze stadniny nie używa takich, a już na pewno nie do mnie. Słynę z tego że jestem spokojną klaczą,choć mam swoje granice cierpliwości. Często jeżdżą na mnie dzieci, ale jestem dla nich bardzo wyrozumiała i staram się rozumieć nawet najsłabsze i najmniej dokładne wskazówki jak mam iść. Pętla pociągnęła mnie do płotu i nagle usłyszałam wołanie Level'a:
- Nie! Uciekaj!
Spojrzałam w stronę w którą ciągnął mnie sznur i zobaczyłam dwóch ludzi kobietę i mężczyznę. Mężczyzna mocno ciągnął za sznur,a kobieta celowała z pistoletu na strzałki usypiające. Przestraszyłam się i stanęłam dęba jak najmocniej ciągnąc za sznur. Wystrzeliła dwie strzałki, jedna mnie ominęła, a druga odbiła się od mojego kopyta, które było polakierowane zaledwie dzień wcześniej. Spojrzeli na mnie z podziwem i mężczyzna znów mnie szarpnął.
- Nie umiesz celować?!
- Przepraszam no! Zestresowałam się!
Mężczyzna rozgoryczony wziął do ręki bata i zaczął okładać mnie nim po zadzie. Oddałam mu mocnym kopniakiem i ugryzłam go jak najmocniej w ramię. Jęknął z bólu, ale dalej trzymał mnie mocno.
- Strzelaj że!
Kobieta strzeliła, tym razem celnie i zrobiłam się bardzo senna, mimo to nie chciałam ich się słuchać.
- Moh! Nie!
W odpowiedzi parsknęłam cicho i nic więcej nie słyszałam. Gdy się obudziłam, byłam w przyczepie. Rozejrzałam się i po chwili zastanowienia stwierdziłam że przyczepa nie jest do końca stabilna, i jeżeli myślą że nadal jestem pod wpływem środków usypiających, to jeżeli wyważę rampę będę mogła się wydostać. Zebrałam siły i z całej siły kopnęłam w rampę, która odleciała natychmiast. W pośpiechu wyskoczyłam z przyczepy i pognałam w przeciwną stronę. Obok był las i bez zastanowienie wbiegłam do niego. Byłam daleko od stadniny, bo nie poznawałam tego miejsca, ani zapachów. Tereny w odległości jakichś 100 km od stadniny są mi bardzo dobrze znane, te jednak nie. Błądziłam chwilę i znalazłam jakąś polanę. Były na niej sarny i jelenie, więc miałam pewność że jestem bezpieczna. Powoli zbliżyłam się do stada.
- Witajcie. Jestem Mohylew. Szukam schronienie. Czy będę tu bezpieczna?
- W naszym rezerwacie? Oczywiście! Czasem jednak ludzie tędy spacerują, ale raczej dbają o środowisko, a obsługa rezerwatu często dokłada nam siano. Podzielimy się z tobą.
- Dziękuję!
- Ty jesteś Mohylew. Ta, Mohylew?
- Chyba tak...
- Ludzie często o tobie mówią!
- Wiesz dzisiaj ma tu być telewizja chcą nas sfilmować i sądzę że jeżeli ciebie nagrają wrócisz do domu.
- Kiedy będą? Za jakieś pół godziny o ile się nie mylę.
- A często się mylisz?
- Nigdy!
- Zaraz wracam.
Pobiegłam do lasu, miałam niewiele czasu. Znalazłam sporą gałązkę i wróciłam z nią na polanę.
- Nie obrazicie się jeżeli troszkę rozryję ziemię?
- Nie. Ale nie zniszcz nam całej. Bardzo lubimy trawę i dzikie jagody, które tu rosną.
- Jasna sprawa.
Zaczęłam biegać w te i we wtę z kijkiem w pysku. Robiłam mały rowek w ziemi i po chwili było skończone.
- Co to jest Mohylew?
- Wiadomość do ludzi. Znam trochę ich język.
- Wow!
- Chcę wrócić do domu.
Nadleciał śmigłowiec. Z początku trochę się go bałam,ale po chwili przyzwyczaiłam się do hałasu jaki robił. Po chwili śmigłowiec wylądował i wyłączyli silniki. Ze śmigłowca wysiadło kilka osób i podeszło do mnie. Wśród nich rozpoznałam Tiffany, nastoletnią dziewczynę, która uczy się jeździć na mnie.
- Moh!
Zarżałam jej na powitanie, a ona przytuliła się do mnie.
- Tato, trzeba ją odwieźć do stadniny, ktoś się nad nią znęcał, zobacz na te krwawe rany!
- Dobrze córeczko, już dzwonię do stadniny że jest z nami i jest bezpieczna. Na pewno si o nią martwią.
Stado saren uciekło w las, a ja byłam szczęśliwa że to właśnie Tiffany mnie odnalazła. Byłam bardzo roztargniona. Po pół godzinie przyjechał transport dla mnie. Tif weszła ze mną do przyczepy i upierała się że pojedzie tam. W końcu jej tata odpuścił i pozwolił jej jechać ze mną. Odkąd Tiffany straciła mamę,jej tata zgadzał się prawie we wszystkim co chciała. Gdy dojechaliśmy do stadniny byłam już spokojna i wypoczęta. Gdy tylko zatrzymaliśmy się Tif wyszła z przyczepy i pobiegła do taty. Po chwili dało się usłyszeć okrzyki szczęścia dziewczynki. Pobiegła do pani Zofii ,która właśnie otwierała rampę przyczepy by mnie wypuścić. Rozmawiały o czymś i usłyszałam tylko końcówkę ich rozmowy.
-Naprawdę mogę ją kupić?
-Tak
-Dziękuje pani Zofiu ! A mogę ją trzymać w tej stadninie? Ma tu przyjaciół i nie chciałabym rozdzielać jej z nimi
- Oczywiście!
Później gadały same nudy, ale przynajmniej wypuściły mnie na pastwisko i zobaczyłam na końcu połamane deski chwilowo zastąpione sznurami . Poszłam do Level'a:
-Cześć Level!
(Level? Dokończysz?)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz